Oddajcie kobietom moc rodzenia!

pozytywne historie porodowe

Moc dawania życia to najpotężniejsza kobieca moc. To moc, która jest kobietom przypisana nawet niezależnie od tego, czy w ogóle rodziły i czy chcą mieć dzieci. Każda kobieta ma w sobie siłę, by tworzyć przestrzeń dla zmian, odradzać się po najtrudniejszych momentach, matkować sobie i innym, troszczyć się, dawać nadzieję, rosnąć – pięknie pisze o tym Clarisa Pinkola Estes w „Oswobodzeniu Silnej Kobiety„. O sile tych wszystkich wartości najpełniej przekonałam się podczas porodu córeczki i dziś chciałabym się podzielić moją porodową historią mocy. Dzięki temu wydarzeniu odzyskałam siebie i wewnętrzną moc.

Pozytywne historie porodowe

Chciałabym, by każda kobieta mogła rodzić zgodnie z własnym wewnętrznym głosem. Chciałabym by mogła rodzić w spokoju i poczucia bezpieczeństwa, tak by mogła doświadczyć poczucia sprawstwa, jednocześnie oddając się naturalnym siłom porodu. Wierzę, że to czego potrzebujemy to wsparcie i budujące, pozytywne historie porodowe. Kobiety w Polsce zbyt długo rodzą w nieludzkich warunkach i  nadszedł czas, by odzyskały swoją moc. Moja prywatna historia to tylko małe oczko w sieci wsparcia, którą tkam z innymi kobietami. Zostałam Ambasadorką Błękitnego Porodu, by wspierać świadome, godne porody. Bo poród zostaje w nas na zawsze. Bo poród ma znaczenie i wpływa na całą rodzinę. Wierzę, że moja historia doda sił każdej kobiecie, która wyruszy na spotkanie swojego dziecka.

Co dał mi świadomy poród?

Z perspektywy czasu widzę, że najważniejszą rzeczą, która pozwala w zgodzie z sobą przejść przed poród, tak, by był on źródłem siły i pięknym wspomnieniem, do którego wracamy, by czerpać moc – jest umysł. 9 miesięcy to wystarczający czas, by przygotować się na najważniejsze spotkanie w życiu, jakim jest spotkanie z własnym dzieckiem. Dzięki pracy, którą wykonałam:

  • Zyskałam większą moc kierowania własnym życiem. Przestałam płynąć tam, gdzie akurat rzuciło mnie życie. Przestałam się szarpać.
  • Zaczęłam świadomie wyznaczać swoje granice, badać swoje potrzeby i mierzyć się z oczekiwaniami.
  • Nauczyłam się prosić o pomoc. Kultura uczy nas, by radzić sobie samemu, poród uświadomił mi, że to czego potrzebujemy jako ludzie, to wzajemna obecność i wsparcie.
  • Puściłam brzuch, który trzymałam w spięciu całe życie i zaczęłam głęboko oddychać.
  • Pokochałam swoje ciało! Nie mam już żadnych kompleksów. Nie jestem wstanie pomyśleć o swoim ciele absolutnie nic negatywnego. Moje ciało dało mi najwspanialszy prezent na świecie. Nie byłabym wstanie źle pomyśleć o czymś tak wspaniałym!
  • Pogłębiłam swoją intuicję. Zaczęłam z uważnością przyglądać się swoim snom, które w ciąży pomagały mi się skontaktować z własną intuicją.
  • Stałam się matką dla mojego dziecka i dla siebie samej. Mój wewnętrzny krytyk od czasu porodu milczy, bo moja wewnętrzna matka zna na niego każdy sposób.
  • Poznałam tajemnice rodzenia. Czy jest taka rzecz, której miałabym teraz nie podołać?

Przygotowania do błękitnego porodu mocy . Sny o wodzie

Do porodu zaczęłam przygotowywać się, gdy tylko skończyły się dolegliwości pierwszego trymestru. Całą ciążę ćwiczyłam jogę, gimnastykę słowiańską, porodowe oddechy, śpiewałam mantry i modliłam się o bezpieczne sprowadzenie dziecka na świat. Ponieważ w moim najbliższym otoczeniu brakowało pozytywnych historii porodowych i sieci wsparcia, od pierwszych miesięcy ciąży, czerpałam moc z pięknych historii i filmów porodowych, które wygrzebywałam z odmętów Internetu i książek takich jak „Poród naturalny” Iny May Gaskin. Te historie dawały mi ogrom siły.

Ciążowe sny były pełne ogromnej, błękitnej wody. Śniły mi się morza, fale i jeziora. Którejś nocy, niedługo przed porodem, przyśniło mi się, że muszę wyciągnąć moje uczące się pływać dziecko z basenu głębokiego na 10 metrów. Zanurkowało na samo dno i nie potrafiło wypłynąć z powrotem. 10 metrów to jak 10 centymetrów rozwarcia, pomyślałam po przebudzeniu. Cóż, czekała mnie intensywna podróż…

Pierwsze skurcze i nieprzespana noc

W poniedziałek, 10 października o 15.00 poczułam skurcz. Miałam już wcześniej skurcze przepowiadające, wiedziałam, że ten jest inny. Czułam, że to początek. Byłam bardzo podekscytowana i cieszyłam się, że wszystko dzieje się naturalnie (nie chciałam wywoływania porodu). Skurcze przychodziły regularnie co pół godziny. W nocy, którą próbowałam jeszcze przespać (tyle ile mogłam), skurcze przychodziły co 20 minut. Ponieważ na leżąco skurcze były bardzo bolesne, o 4 nad ranem wstałam, usiadłam na piłce i czekałam aż przyśpieszą.

Po 24 godzinach, następnego dnia, we wtorek o 15 skurcze nadchodziły co 6 minut. Byłam zmęczona nieprzespaną nocą i głodna (nie byłam wstanie jeść). To wtedy miałam kryzys i to wtedy zdecydowałam się jechać do Domu Narodzin. Choć z położną byłam umówiona, by wybrać się w drogę, dopiero, gdy skurcze będą co 5 minut, ja musiałam coś zrobić. Byle już tylko nie siedzieć bezsensownie na piłce, tylko coś zmienić. Jeszcze przed wyjazdem, zgodnie z zaleceniem położnej, z którą byłam na telefonie, wzięłam no-spę i prysznic. 0 17.00 wyruszyliśmy z domu. Były godziny szczytu i straszne korki. Mimo, wtedy już bardzo nieznośnego bólu, cieszyłam się, że jadę na najważniejsze spotkanie w moim życiu. Spotkanie z moim dzieckiem. Droga, która powinna zająć maksymalnie 20 minut, trwała godzinę. To była najdłuższa podróż autem w życiu. Nie byłam przypięta pasami.

Akcja porodowa zaczęła się rozkręcać

W ciąży rozważałam poród domowy, bałam się medykalizacji i syndromu izby przyjęć. Ostatecznie wybrałam Dom Narodzin przy szpitalu św. Zofii w Warszawie. Po przyjeździe na miejsce, okazało się, że mam już 5 cm rozwarcia. Od razu po wejściu na salę porodową, wzięłam wymarzoną kąpiel (w domu mam tylko prysznic). W wannie odeszły mi wody, miałam już 7 cm rozwarcia i żadnego kryzysu 7 centymetra (kryzys miałam dużo wcześniej w domu). Położna była zdziwiona tempem, w jakim rozwijała się akcja porodowa. Twierdziła, że rodzę jak wieloródka. Skurcze były coraz dłuższe i coraz częstsze. Nie mogłam wysiedzieć w wannie. Chodziłam po ciemnej i przytulnej sali, świeciły się świece, pijam ciepłą wodę i coraz trudniej znosiłam ból.

W pewnym momencie mąż zapytał, czy może włączyć radio, by posłuchać meczu Polska-Armenia. Naprawdę nie miałam nic przeciwko. Właściwie było mi wszystko jedno, wtedy nie byłam już wstanie spokojnie oddychać, ostatnie skurcze spędziłam skacząc na piłce. Tomek przykładał mi cudownie ciepły i kojący kompres, który otaczał moją talię, podbrzusze i krzyż. Czułam się, jakby wszystkie moje prababki były ze mną w pokoju i otulały mnie sobą. Położna postanowiła znów mnie zbadać, bo skurcze były naprawdę długie i częste. Okazało się, że mam już 10 cm rozwarcia! Była 21.00 i rozpoczęła się druga, najbardziej niesamowita faza porodu. Byłam już naprawdę blisko wzięcia mojego ukochanego dziecka w ramiona.

Druga faza porodu. Najważniejsze spotkanie w życiu.

Długa faza porodu była jak błogosławieństwo. Nie czułam już żadnego bólu tylko nieporównywalne z niczym, wychodzenie dziecka na świat. Faza skurczy partych trwała 45 minut. Krzyczałam w niebogłosy, by pomóc dziecku wyjść i by wykrzyczeć się za całe życie. Pomyślałam sobie, kiedy jeśli nie teraz? Byłam naga, rodziłam w pozycji wertykalnej, klęcząc, na podłodze. Czułam ogromną moc. Wiedziałam, że to już ostanie chwile olbrzymiego wysiłku. To były chwile, których nigdy nie zapomnę. Rady położnej, kiedy przeć i jaką pozycję przyjąć były nieocenione. Ona wiedziała, że to już. Mąż zawołał do pomocy pielęgniarkę. O 21.45 moje dziecko wyskoczyła na świat jednym skokiem prosto w ramiona położnej. Usłyszałam, że to dziewczynka. Robert Lewandowski, w ostatniej, doliczonej minucie meczu, strzelił zwycięskiego gola dla Polski.

Położna i pielęgniarka pomogły mi się położyć na dużym, wygodnym łóżku. Córeczkę położono przy mojej piersi. Po raz pierwszy spojrzałam w kosmiczne oczy mojego dziecka. Przywitałam się, policzyłam paluszki u rączek i stóp, powiedziałam córeczce, jak ma na imię i wypowiedziałam dobrą wróżbę na całe jej życie. Byliśmy z mężem najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. Kiedy ja tuliłam maleństwo, położna zajmowała się łożyskiem i pępowiną. Następnie przystawiła córeczkę do piersi i ta zaczęła pięknie ssać. Córeczka urodziła się kilka dni po terminie, nie była w mazi porodowej, tylko miała bardzo suchą skórę. Nasze szczęście miało aż 57 cm i 3600 gram.

Położna zwróciła uwagę na problemy z oddychaniem małej. W końcówce pierwszej fazy hiperwentylowałam się i stąd mogły wziąć się problemy z oddychaniem. Pierwszą noc spędziłyśmy oddzielnie, każdą kolejną już razem. Pierwsze dni i tygodnie były cudowne, czas stanął w miejscu. Dopiero w okolicach Bożego Narodzenia zorientowałam się, że dni jednak mijają. A mijały pięknie. Trzymając maleństwo w ramionach, często pytałam skąd przyszło i co robiło w brzuchu. Dzidziuś często się uśmiechał i tylko raz we śnie powiedział, że mnie kocha.

Dobry poród, który miałam pomógł mi przejść przez połóg i pierwsze miesiące macierzyństwa. Wierzę, że będzie dla mnie źródłem siły, już do końca życia.

Jeśli jesteś w ciąży…

Jeśli jesteś w ciąży i chcesz się przygotować do świadomego porodu, szukasz siostrzeństwa, zapraszam Cię do społeczności Błękitny Poród. Kobiety w różnym wieku i z różnymi historiami są tam po to, by wspierać rodzące.

Błękitny Poród to także 30-dniowy kurs online. Pod tym linkiem: https://bit.ly/2mqMGXd sprawdzisz, kiedy startuje najbliższa edycja.